Skończyły się wakacje i uświadomiłam sobie, że ani razu nie byłam na urlopie, tak żeby po prostu wypocząć. Nigdzie nie wyjechałam po to, żeby tak po prostu obcować z naturą. W wakacje wydłużyłam godziny pracy, bo potrzebuję zarobić, więc nie biadolę, a praca niestresująca. Nie chodziłam nigdzie, zrezygnowałam z wyjazdu w góry, żeby zaoszczędzić. W tym roku nie byłam na Mazurach. Wyjeżdżałam tylko na takie tripy jednodniowe, pro-turystyczne i bardzo dużo mi to dawało energii, w ogóle chyba dzięki temu mam poczucie, że jednak te wakacje jakieś były, choć w sumie podróżuję przez cały rok, więc nie mam na co narzekać.
Ale do brzegu.
Przez całe wakacje rower wyciągałam jedynie po to, żeby pojechać do pracy. Czasami gdzieś dalej po coś, ale to żadna wyprawa.
Plan był taki, żeby w któryś weekend zrobić pierwszą setkę. Nic z tego nie wyszło.
Jednak odpowiednie towarzystwo osoby z zewnątrz, potrafi raptem świetne przeprogramować myślenie i przeorganizować czas, że nagle znalazłam go na jazdę.
Parę udanych, spontanicznych przejażdżek po pracy. I jedna sobotnia torpeda, zrobiliśmy wtedy 72 km. Miazga, podobało mi się. Było przygodowo i – taka ciekawa sprawa – spotykaliśmy wyłącznie przyjaznych ludzi.
Żadnego chamstwa. Da się? Można być fajnym człowiekiem? Można się uśmiechać do ludzi? Można zagadać i powiedzieć coś pozytywnego?
A potem wlatujesz do miasta i na powrocie mijasz te marsowe miny, w eterze "francuski", odbijasz się o chamskie zachowania, zupełnie bez powodu... Jaką walkę muszą toczyć ci ludzie, że są tak sfrustrowani?
Jest taki kontrast, takie gęste ciśnienie w powietrzu po wjeździe do miasta, że pojęłam dlaczego lubię chodzić na zdjęcia po mieście o 5 rano. Bo wtedy nikogo nie ma...
Lecz po co go było myć, skoro jeżdżę tylko do pracy i ewentualnie na miasto pozałatwiać jakieś sprawy? No po co?
No i szorowałam ten rower kilka razy, bo był tak usyfiony i nie chciało puścić.
Doprałam to wszystko, jestem zadowolona.
Mam urlop no i klops, we wszystkie dni ma padać. I wcale nie narzekam, bo w deszczowe dni można robić absolutnie wszystko inne. Nie jestem typem człowieka, który często się nudzi.
Sprzęt gotowy, czeka mnie tylko wymiana opon, ale tym już zajmę się w październiku.
Obiecałam sobie wycisnąć z urlopu wszystkie soki. Pierwszego dnia wyspałam się, co nie jest takie oczywiste. Naprawdę pospałam. Czuję się wreszcie zdrowo... Oj jak ja dawno nie czułam się po prostu dobrze...
Pierwszy dzień mojej ulubionej pory roku, jesień dopiero się rozkręca, jeszcze nie jest w pełni strojna, ale i tak już urodziwa. Mam wtedy szał na zdjęcia. Chodzę do tych kamienic, co toną w bluszczach, wkrótce wszystkie będą czerwone.
Mam na oku kilka miejskich uroczysk, one już zaczynają się wybarwiać.
W tym, do którego dziś poszłam, jest już pięknie, ale trzeba jeszcze z tydzień poczekać. Oby deszcz i wiatr nie zabrały tego efektu przedwcześnie. Liście słabiej trzymają się na drzewach, rok temu nie było tego ekstra momentu. Może w tym?
Następny razem może zostawię w domu kartę sim...
Powiedzcie mi, jak można być tak pewnym siebie, żeby traktować drugą osobę jak pewnik w swoim życiu? Jak oczywistość i że jeszcze nie trzeba liczyć się z jej zdaniem? Gadać do niej jak do dziecka, które trzeba wychowywać?
Czy to jest normalne? Tak się robi, jak się kogoś kocha?
Tylko ciuchy świadczą o tym, że skądinąd spacer był udany. Naturalny w rosie i mżawce, pośród jesiennych barw i gawronich odgłosów.
Mam czas, 6 dni urlopu. Niewykorzystanego, bo zrezygnowałam z wyjazdu. Za dużo na raz złego zwaliło się na moją głowę, nie udźwignęłam tego. Powiem wprost – przydusił mnie ustawicznie odczuwany ból egzystencjalny.
I wiecie co? Przewidziałam, że to nastanie, dlatego nie chciałam planować wyjazdu na ten termin. To najgorszy możliwy czas na podróż dla mnie. Ale zgodziłam się na te daty, żeby koleżanka mogła pojechać, bo zwykle jej nie pasowały terminy. Mam nadzieję, że będzie się bawić najlepiej jak tylko się da.
Marzyłam nie zostać sama, bo wiedziałam co będzie. Ale o tym opowiem Wam następnym razem.



Brak komentarzy:
Prześlij komentarz